Historia 95-letniej mieszkanki Malechowa - Zofii Galek

Zdjęcie przedstawia Jubilatkę Zofię Galek z Malechowa.

Dziś kolejna odsłona opowieści o mieszkańcach naszej gminy, którzy w zdrowiu dożyli sędziwego wieku i mogą poszczycić się pięknym jubileuszem urodzin.

95 lat temu - 16.07.1925 r. w Grębowie (obecne województwo podkarpackie) urodziła się mieszkanka Malechowa - Zofia Galek (z domu Paduch). Córka Marii (z domu Stępień) i Walentego wychowywała się jako ostatnia z piątki dzieci (Aniela ur. 1910 r.; Maria ur. 1913 r.; Karol ur. 1916 r.; Stanisław ur. 1920 r.).
Matka bohaterki naszego artykułu zajmowała się domem i wychowaniem dzieci, a ojciec był budowniczym samoukiem, budował domy z drewna. Walenty Paduch wyjeżdżał w delegacje na cały tydzień, soboty i niedziele spędzał w domu. Małżeństwo Paduchów miało też małe 7-hektarowe gospodarstwo oraz inwentarz żywy: 3 krowy, 2 konie, 2 cielaki, kury, kaczki.

Dzieciństwo Zosi było wesołe, pozbawione smutków. Na początku chodziła - jak to ona ujęła - do „ochronki”. Odprowadzała ją tam najstarsza siostra, bowiem należało przebyć ok. 1,5-kilometrowy dystans. Było to miejsce zabaw, odbywały się tam także zajęcia gimnastyki. Do szkoły podstawowej w Grębowie uczęszczała chętnie. Jej nauczycielką była pani Chojnacka, uczyła się języka polskiego, matematyki, gimnastyki, śpiewu, a starsze dzieci uczono szycia. Miłe wspomnienia przywołuje obraz nauczyciela grającego na skrzypcach, podczas gdy mała Zosia i jej koledzy śpiewali piosenki ludowe i regionalne.
Od ósmego roku życia dziewczynka pasła krowy i gęsi, a do jej obowiązków należało także wykonywanie drobnych prac w gospodarstwie.

Jej beztroskie lata młodości przerwał wybuch II Wojny Światowej. 01 września 1939 r. o 03:30 nad ranem zabrzmiały kościelne dzwony, zwiastując najgorsze. Samoloty zrzuciły bomby w centrum wsi, na tzw. rynku, gdzie ranny został ksiądz.
Od tego wydarzenia proces edukacji małej Zosi stał się wspomnieniem, efektem czego było ukończenie tylko pięciu klas szkoły podstawowej. Czternastolatka w owym czasie musiała bardzo szybko wydorośleć.
W 1939 r. ojciec Zofii - Walenty budował oborę u dziedzica Dolańskiego w folwarku w Grębowie. Na skutek wybuchu wojny w majątku zmienił się zarządca i ojciec stracił pracę. Od dłuższego czasu mężczyzna miał problemy z nerkami. Ze względu na wojenne obostrzenia nie mógł się dostać do lekarza wojskowego do Sandomierza, u którego leczył się wcześniej. Po kilku miesiącach zmarł. Niemożliwe było zakupienie trumny. „Najstarszy syn - mój ukochany brat Karol - sam zrobił trumnę dla ojca” - ze wzruszeniem wspomina Pani Zofia.
Ojciec spisał testament przez śmiercią, na świadków poprosił dwóch sąsiadów, gospodarstwo i dom przepisał synowi Karolowi. W tym czasie Niemcy zabrali brata Stanisława do Niemiec, siostra Aniela również trafiła na roboty. Maria pozostała w domu i szyła ubrania, pomagając matce w utrzymaniu rodziny.
Zofia Paduch podczas wojny pracowała fizycznie w ogrodnictwie u obszarnika Dolańskiego 6 dni w tygodniu, przez około 11 godzin dziennie. Od 1942 r. była opiekunką dziecka szanowanego weterynarza i jego żony, co dawało dozę bezpieczeństwa w obliczu agresji okupanta i ustrzegło ją przed wywózką na roboty przymusowe do Niemiec. Opiekowała się dzieckiem, zajmowała się domem, gotowała, piekła chleb. Gdy weterynarz wiedział, że w nocy planowana była łapanka, spała u swoich „chlebodawców”, jeśli było bezpieczniej, noce spędzała w domu.
Zakończenie największego konfliktu zbrojnego to wspomnienie radości, śpiewu i wiwatowania Polaków, którzy witali „Ruskich”, rzucając kwiaty.

Koniec wojny daje nadzieję na lepsze jutro i przynosi duże zmiany. Pewnej sierpniowej, słonecznej niedzieli Zosia z sąsiadką wraca z mszy z kościoła, za nimi podążają młodzieńcy: Stanisław Baran i jego kuzyn Józef - żołnierz, który zwraca uwagę na zgrabne nogi dziewczyny. Tu następuje ich pierwsze spotkanie i pierwsza rozmowa. Popołudniu Józef odwiedza Zofię Paduch przed jej domem i spędza z nią kilka chwil.

Spotykają się codziennie przez cztery dni - w czasie, kiedy Józef jest na urlopie (wcześniej zostaje on postrzelony w nogę i rękę pod Warszawą, w efekcie czego znajduje się w warszawskim szpitalu). We czwartek wieczorem widzą się ostatni raz...
Po urlopie w Grębowie, młody wojak wraca do jednostki do Suwałk. W lutym 1946 r. Zofia niespodziewanie otrzymuje list od Józefa, w którym młodzieniec się jej oświadcza. Dwudziestojednolatka przyjmuje listowne oświadczyny.

W kwietniu 1946 roku Józef Galek przyjeżdża do Grębowa po narzeczoną. Dają na zapowiedzi i jadą na Pomorze, by rozpocząć wspólne życie. Jest już tam ojciec Józefa, przyszły teść Zofii - Marcin Galek (poseł RP w latach 60-tych), który organizuje akcję zasiedlania. Przyszli małżonkowie zamieszkują w gospodarstwie w Malechowie (w domu o numerze 84), gdzie żyją wspólnie z rodzicami Józefa i do końca maja - z przebywającymi tu jeszcze Niemcami.
22 kwietnia 1946 r. to dzień ślubu naszej bohaterki w malechowskim kościele. Odtąd Zofia i Józef Galek prowadzą gospodarstwo rolne. W marcu 1947 r. rodzi się ich pierwszy syn Zbigniew, w lipcu 1949 r. - Czesław, a lutym 1956 r. - córka Elżbieta.

Zofia Galek przez całe swoje życie pracuje na roli, zajmuje się domem i wychowywaniem trójki dzieci. Z sentymentem wspomina czas żniw, wykopków, świniobicia, kiedy to spotykali się ze sobą sąsiedzi, pomagali sobie nawzajem, a w zimowe wieczory każdy miał czas na spotkania towarzyskie przy grze „66” z talią kart w ręku. „To były piękne czasy” - wspomina z łezką w oku.

Rok 1985 przynosi śmierć ukochanego męża Zofii, będącego ostoją całej rodziny. Odtąd mieszka ona z córką Elżbietą i zięciem Januszem. W 2008 roku umiera na raka najstarszy syn Zbigniew - długoletni wójt gminy Postomino i poseł na Sejm RP dwóch kadencji.

Nasza Jubilatka doczekała się 8 wnucząt i 16 prawnucząt. W dobrej, jak na swój wiek formie, mieszka w Malechowie już 74 lata i jak sama mówi „życie minęło jej bardzo szybko”. 95-letnia Zofia Galek mimo sędziwego wieku cieszy się dobrą pamięcią i formą psychiczną. Opiekuje się nią córka, a w domu, w którym zamieszkała w 1946 r., żyją ze sobą cztery pokolenia. Cieszy się, gdy „babcię Zolę” odwiedzają prawnuki i spędzają z nią czas. Zawsze znajdą bowiem u niej coś słodkiego.

Dostojnej Jubilatce życzymy uśmiechu każdego dnia, dużo pozytywnej energii i aby kolejne lata mijały Pani w zdrowiu.

Drukuj

Wyświetlania: 121

Zobacz również

Powrót do góry